Haruki Murakami: Norwegian Wood

Haruki Murakami: Norwegian Wood, tłumaczenie: Dorota Marczewska, Anna Zielińska-Elliott, Muza SA 2006.

Oto nostalgiczna, bardzo intymna opowieść – tak jak nostalgiczna i intymna jest piosenka The Beatles pod tym samym tytułem – o dojrzewaniu w latach sześćdziesiątych w Kraju Kwitnącej Wiśni.  Jak zrozumieć otaczający nas świat? Zderzamy się z cierpieniem, stratą, ale i radością. Toru Watanabe, narrator i główny bohater, wyprowadza się z rodzinnego domu, zawieszając wszystkie kontakty i rozpoczyna studia w Tokio. Mieszka w akademiku. W wielkim mieście inicjuje swoje dorosłe życie, mierząc się z pustką jaką wywołuje odchodzenie bliskich osób, z przyjaźnią, miłością, seksualnością. Oswaja samotność.

Historia kipi emocjami, lecz sam Watanabe jest bardzo zwyczajny. Rewolta studencka, która dociera do Japonii nie obchodzi go, toteż nie uczestniczy w fali protestów. Czyta  i słucha muzyki. Podczas gdy wiele dzieje się wokół, on konfrontuje się z wydarzeniami ważnymi dla niego samego.

I mimo, że dokładnie wiemy kiedy i gdzie toczy się opowiadana historia, to możemy zawiesić i czas, i miejsce. Innymi słowy, taka, a raczej takie historie dzieją się zawsze i wszędzie. Zawsze dorastamy, dojrzewamy, mierzymy się z emocjami, z cierpieniem i radością, poznajemy siebie, odnajdujemy przyjaciół i ich tracimy. Żyjemy i umieramy.

Przy okazji widzimy zmieniającą się Japonię i to tylko dwadzieścia parę lat po wojnie, z której ten dumny naród wyszedł upokorzony. Tymczasem Watanabe czyta literaturę zachodnią „Wielki Gatsby”, „Buszujący w Zbożu”, „Czarodziejska góra”, „Pod kołami”, słucha zachodniej muzyki, dorabia sobie w sklepie muzycznym, odwiedza restauracje, knajpy, także burdele. Spotyka się ze znajomymi, żyje jak mieszkaniec Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych, choć jednocześnie widzimy pewne charakterystyczne elementy obyczaju, kultury Japonii, np. meldowanie się w akademiku, gdy chce się z niego wyjść na noc, poranny capstrzyk, mocno zarysowana hierarchia społeczna.

Postacie są wyraziste. Mnie zafascynowała Midori, niezależna, ekscentryczna, ciekawa świata, chcąca poznać i zobaczyć jak najwięcej, czytająca, również „Kapitał” Marksa, i głośno piętnująca szowinizm, brak dystansu do siebie wsród przeintelektualizowanych uniwersyteckich marksistów, no bo jak to tak, by na spotkanie komunistów obligować wyłącznie dziewczęta do przygotowania i dostarczania posiłków i napojów? Gdzie tu egalitaryzm, gdzie równouprawnienie? 

„Norwegian Wood” to podróż do wnętrzna każdego z czytelników, do skrywanych myśli, obrazów, uczuć. Nikt nie zostanie obojętnym.

***

Całkiem niedawno książkę Haruki’ego Murakami’ego zekranizował Tran Anh Hung.

 

Krem daktylowy

Tak surowe, jak i suszone daktyle są niezastąpionym źródłem energii, a to dzięki cukrom prostym. Daktyle to jednak nie tylko cukry, to również owoce bogate w witaminy i minerały. W zależności od odmiany zawierają różne proporcje poszczególnych witamin i minerałów. Znajdziemy w nich między innymi: A, C, B3, B6, E, K, kwas foliowy, potas, magnes, wapń, cynk, żelazo, sód, fosfor i salicylany.

No i są przepyszne! Można też z nich zrobić krem karmelowy.

photo 1

Składniki:

  • 100 g suszonych daktyli
  • letnia woda
  • kilka kropli ekstraktu z wanilii  lub łyżka masła orzechowego (ulubionego)

Daktyle (bez pestek) zalewam wodą tyle, tylko by je delikatnie przykrywała i odstawiam na około 2 godziny. Następnie miksuję razem z wodą, w której sobie leżakowały. Na koniec dodaję albo wanilię, albo masło orzechowe, i ponownie miksuję. Kolejny krok to już zajadanie się tym przepysznym kremem.

 

Remigiusz Mróz: Ekspozycja

ekspozycja_mrozRemigiusz Mróz: Ekspozycja, Filia, Poznań 2015.

No, to jak w końcu pachnie  Kenzo Amour?

„Ekspozycji” nie czytałam, lecz słuchałam. Tak, słuchałam tekstu zagranego genialnie (nie: przeczytanego, lecz zagranego właśnie) przez Krzysztofa Gosztyłę, przez Krzysztofa Mistrza Gosztyłę. I powiedzieć, że książka ta mnie pochłonęła, to, że pojadę jednym z moich ulubionych polskich arcypisarzy, nic nie powiedzieć.

Tego ranka turystom chcącym się wdrapać na Giewont nie było dane zaliczyć tego obowiązkowego punktu programu podczas pobytu w polskich Tatrach. Niemniej tym, którym jakimś zrządzeniem losu i boskiej opatrzności, udało się tam znaleźć, ukazał się Ukrzyżowany, tzn. w pewnym sensie, a ściślej: tak, na giewonckim krzyżu ujrzeli… wisielca. I jakby tego było mało w ustach nieszczęśnika odnalazł komisarz Wiktor Frost monetę, a dokładniej monetę z przeszłością.  Policjant nie poprowadził jednak tego śledztwa. Nie zdążył obrócić się do szczytu plecami, gdy dowiedział się, że został zawieszony. Zawieszony? Ale dlaczego? Wykonanie natychmiastowe? Z jakiego powodu? Nikt nie potrafił powiedzieć dlaczego, choć rzecz jasna ten niepijący alkoholik, wielbiciel czerwonych Westów i cynamonowej gumy, niepoprawny uwodziciel, do świętych nie należał. Na marginesie dodam, że Frost, przywodzi mi na myśl  pewnego policjanta z zimnego Oslo. Tak jak on pewny siebie, „gaszący pożar” w momencie, gdy ten się pojawia, arogancki, z nieco przerośniętym ego.

Tak się właśnie zaczyna: dziwny zbieg okoliczności z odsunięciem od sprawy, niestandardowe, przyznajmy, morderstwo czy zabójstwo; takiej sytuacji komisarz nie może zaakceptować. Samotny kowboj? No, nie do końca samotny, udaje się bowiem policjantowi zmanipulować znaną dziennikarkę, Olgę Szrebską, która relacjonuje przebieg wydarzeń spod Giewontu. W końcu którego dziennikarza czy dziennikarki nie skusiłaby myśl, że materiał za którym podąży wart będzie nagrody Grand Press? I tak wespół w zespół ruszają na łowy. Co krok robi się ciekawiej, bo oto pojawiają się rękopisy z Qumran i Esseńczycy, jest rzeź wołyńska, jest zemsta, są ucieczki, w tym jedna zdezelowaną „Astrunią”, są więzienia białoruskie i rosyjskie, spacer kanałami – nie-warszawskimi, nielegalne przekraczanie granicy, manipulacja radiomaryjnej staruszki, i „cała prawda o Smoleńsku”.

Tak. To i wiele więcej, tu nie ma przystanku na kawę i ciacho, no może, jeden się znajdzie. Wydarzenia nabierają tempa z minuty na minutę. Bohaterowie są świetnie skonstruowani, nieco cyniczni, po troszę ironiczni, nie dają się omamić, szybko myślą i równie sprawnie działają. Mają własne zdanie, o tak, i potrafią je wygłaszać w najmniej odpowiednim momencie. Dialogi sprawne, dowcipne, z ciętymi ripostami. Innymi słowy, bardzo dobrze opowiedziana historia, cream della cream, świetny język, no i to zakończenie?! Magnifique! Chciałoby się powiedzieć „What the F@$#?!” ( czyli jak podaje Urban Dictionary „wyrażenie największego zdziwienia i niedowierzania” – an expression of extreme surprise). 

Czekam na kolejną część. Czekam na kolejną część. Czekam na kolejną część…

Krzysztof Mistrz Gosztyła czytający fragment „Eskpozycji” („Ekspozycja” dostępna jest na witrynie Audioteka.pl):

 

 

 

 

.

 

Jagielnik z kremem daktylowym

Oto jagielnik na zimno z kremem daktylowym. Niestety bez spodu, bo nie miałam pod ręką odpowiednich składników. Przepyszny, jeden minus brak spodu powodował trudności z krojeniem. Następny będzie miał spód:).

photo 1

Składniki:

masa jagielnikowa

  • szklanka suchej kaszy jaglanej
  • 2 i 3/4 szklanki mleka migdałowego
  • śmietanka kokosowa 150g
  • 10 suszonych daktyli
  • 3/4 szklanki soku z cytryny
  • woda
  • ekstrakt waniliowy

krem daktylowo-orzechowy

  • około 20 suszonych daktyli
  • woda
  • czubata łycha masła orzechowego

photo 3

Kaszę gotuję w mleku i śmietance kokosowej. Daktyle zalewam wodą – tyle tylko, by je przykryła – i odstawiam. Wystudzoną kaszę miksuję z sokiem z cytryny, wlewam ekstrakt z wanilii i jeszcze raz mieszam. Masę odstawiam. Miksuję daktyle z wodą i dodaję do masy kaszowej, po czym znowu miksuję. Masę układam w foremce. Wierzch jagielnika smaruję kremem z daktyli, które uprzednio zalałam wodą tak jak wyżej i odstawiłam na około 2 godziny. I ponownie w ruch idzie mikser. Najpierw traktuję nim daktyle, a potem masę daktylową, do której dodaję masło orzechowe. Wierzch jagielnika smaruję kremem daktylowo – orzechowym. Wszystko wstawiam do lodówki na całą noc. Na drugie śniadanie wcinam jagielnik.

Terry Pratchett: Ciekawe Czasy

Ciekawe CzasyTerry Pratchett: Ciekawe Czasy, tłumaczenie: Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, 2003.

Obyś żył w ciekawych czasach! -starożytna… klątwa.

Ustalmy coś. Cywilizacji poza Wielkim Murem nie ma, a Cywilizacja to Imperium Agatejskie. Imperium Agatejskie nie utrzymuje kontaktów z niecywilizowanym światem i nie wysyła kurierów. Toteż do Ankh-Morpork nie dociera albatros z depeszą, w której oczekuje się od Lorda Vatinariego przysłania Wielkiego Maggusa. Lord Vatinari nie odbywa rozmowy w języku dyplomatów z nadrektorem Niewidzialnego Uniwersytetu, a Rincewind nigdy nie zostaje przetransportowany za Wielki Mur. I oczywiście ten akapit nie ma nic wspólnego z językiem nowoczesnej dyplomacji.

Na tym nie kończą się „szczęśliwe zbiegi okoliczności” dla maga Rincewinda. Otóż, Czerwona Armia (!) uznaje go za Wielkiego Czarodzieja i bohatera, który poprowadzi buntowników do wielkiego zwycięstwa tj. do obalenia cesarza. W tym czasie i miejscu działa  również osławiona Srebrna Orda bohaterów, którą dowodzi nie kto inny, lecz sam Cohen Barbarzyńca. Jej celem jest dotrzeć do Zakazanego Miasta, zbobyć je i wzbogacić się. Cel jakby nie było w pewnym sensie zbieżny z celem rewolucjonistów.  Sprzyja tu magowi Los, bo Cohen darzy go sentymentem (Odsyłam do „Koloru magii” i „Blasku fantastycznego”) i  w końcu ma w pamięci stare dobre czasy. To nie koniec spotkań po latach…  Owa klątwa (nie: przysłowie): „obyś żył w ciekawych czasach” zdaje się właścicielowi Bagażu działać nad wyraz skutecznie, bo na to wszystko wpada mu w ręce pewna zakazana książka, która sprowadza na niego kolejne kłopoty.

Tymczasem bogowie umilają sobie czas grami planszowymi, na których pionkami są ludzie. Pani sprzecza się z Losem, takie tradycyjne już salonowe konwersacje, intrygi i umizgi. 

Opowieść, jak zwykle w przypadku Terry’ego Pratchetta, okraszona została sporą dawką ironii, cynizmu i czarnego humoru, a także racjonalnego, do bólu trzeźwego myślenia oraz humanizmu. Autor odsłania arogancję wszelkich ideologii, siłę władzy: tak, władza zniewala, a władza absolutna zniewala absolutnie.

***

Zachęcam do odwiedzenia polskiej strony fanów książek Terry’ego Pratchetta i jego Świata Dysku: http://www.pratchett.pl/.

A także do obejrzenia filmów. Telewizja brytyjska zekranizowała kilka tytułów. Oto one:

  • Wiedźmikołaj (Hogfather) (2006)

  • Kolor magii (The Colour of Magic) (2008)

  • Piekło Pocztowe (Going Postal) ( 2010)

(Tak, to David Suchet:) znany z genialnej roli Poirota).

Oczywiście w sieci znajdziecie mnóstwo ciekawych wywiadów, relacji ze spotkań i innych eventów z Terrym Pratchettem.  Warto od czasu do czasu do nich zerknąć.

Odsyłam też do mojego wcześniejszego wpisu, w którym przybliżam postać: Terry’ego Pratchetta.