Jo Nesbø: Krew na śniegu

Jo Nesbø: Krew na śniegu, tłumaczenie: Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2015.

Jo Nesbø. I znów ten Norweg się pojawił. Powrócił z opowieścią: „Krew na śniegu”,  historią zabójstwa, miłości, zdrady, szaleństwa, rozpaczy. Powiedzieć, że książka rozczarowuje to, jak mawia Jerzy Pilch, nic nie powiedzieć. Tak, rozczarowuje dramatycznie tym, że jest tak krótka. Dlaczego ta historia tak szybko się kończy?! Z drugiej strony, czy potrzeba było więcej pisać, w końcu na tych paru stronach zawarł autor wszystko to, co w takiej opowieści powinno być, a może i więcej.  

Nesbø tak jak tylko on potrafi czaruje i porywa czytelnika.  Trzyma mocno i nie puszcza do ostatniej kropki. Wpędza w kompleksy tych, co nie czytali „Nędzników”  Victora Hugo (kto nie czytał niech leci do biblioteki, księgarnii i niech wreszczie przeczyta!).  

Wszystko zaczyna się od zabójstwa. Zabójstwa popełnionego w jeden z zimowych wieczorów. Olav Johansen, likwidator, który, jak sam zauważa, jest po prostu dobry w swoim zawodzie, kiepsko zaś mu idzie w innych dziedzinach życia (niezbyt dobrze liczy, niezbyt dobrze jeździ autem, zbyt szybko się zakochuje itd.), na dodatek lubi  czytać. Otóż, Olav wykonuje zlecenie dla swojego mocodawcy niejakiego Daniela Hoffmana, króla przemytników narkotyków. Ale, ale, my Olaf  zaczynamy lubić. Tak, w zasadzie od pierwszy stron, od pierwszych słów (narrację prowadzi pisarz w pierwszej osobie) bohatera lubimy, bo jest to  wrażliwy osobnik. Można by powiedzieć, że to dobry, empatyczny człowiek. W końcu zabija, jak nas informuje tylko tych, którzy na to zasłużyli.

I tak życie płynie, likwidator likwiduje, w wolnym czasie czyta.  Do czasu, aż przychodzi zlecenie, które musi skończyć się źle dla wykonawcy. Ma zabić żonę szefa, piękną Corinę Hoffman.  Corina to osobowość, która potrafi zawrócić w głowię, no i zawraca Olavowi. Życie płata figle: Olav zakochuje się w Corinie. 

Niby to banalna historia: morderca, żona szefa, zemsta, a jednak nic tu nie jest banalne. Nie jest banalna norweska zimna zima, norweski śnieg, oczekiwanie na nad chodzące święta Bożego Narodzenia, sceny niczym z Ojca Chrzestnego.  Nie jest banalne zatrzymanie się nad kondycją człowieka, nad zwichrowaną psychiką ludzką. Nie są banalne szargające człowiekiem emocje. Pełno tu jak to u Nesbø, zwrotów akcji, no i oczywiście to zakończenie. Tak zakończenie… I choć jak mawia jeden z bohaterów powieści Ian McEwana, każdy lubi zakończenia w stylu Jane Austen, to tu takiego nie ma, a mimo to książkę po prostu trzeba przeczytać.