Boczniaki, jako „śledziki” w zalewie pomidorowej

Kiedy na blogu wegańskim 4 wegany i pies, czyli jak wykarmić wegańską rodzinę zobaczyłam przepis na wegańskie „śledzie” w pomidorach pomyślałam: nie ma rady, trzeba samemu takie „śledziki” zrobić! No i zrobiłam: były przepyszne. Będę do tego przepisu wracać nie raz.

Składniki i wykonanie znajdziecie na wspomnianym blogu: http://blogweganski.pl/weganskie-sledzie-w-pomidorach/.

IMG_0752

Pieczone kasztany

Ponoć najlepsze kasztany są w Paryżu na placu Pigalle, a Zuzanna lubi je tylko jesienią. Tak, to kasztany weszły do kultury masowej dzięki „Stawce większej niż życie”, a dziś trafiły również do mojego piekarnika. W końcu mamy jesień, a owoce kasztana jadalnego obfitują w skrobię, białko, tłuszcze, a nie zabraknie  w nich także witamin: B1, B2, B3, C, E, K  oraz minerałów: potasu, magnezu i wapnia. Warto spróbować.

W pracy „The Cambridge World History of Food”  Tom 1, (Cambridge University Press, 2008) pod redakcją Kennetha F. Kiple’a i Kriemhilda Coneè’a Ornelasa znajdziemy rozdział skreślony przez Antoinette Fauve-Chamoux  zatytułowany: Chestnuts (s. 359 – 364), poświęcony właśnie kasztanom. Dowiemy się zeń skąd kasztan przybył i gdzie występuje, kto go spopularyzował i w jakich miejscach  na dłużej zagościł, a także jak się go jadało. Poznamy termin: kultury kasztanowe. Nie zabraknie  odniesień do właściwości tego owocu. To i wiele więcej opowie nam autorka.

To co? Najwyższy czas posmakować … kasztanów.

IMG_0739

Składniki:

  • 300 g kasztanów jadalnych

Rozgrzewam piekarnik do 200 stopni. Nacinam skórkę kasztanów. Robię nacięcie w kształcie x; układam na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładam do piekarnika i piekę przez około 20 minut. Obieram ze skórki i parząc sobie palce i wcinam.

IMG_0735

Marchew, banan, kiwi

Nie ma to jak pyszny koktajl na pierwsze śniadanie! A jeszcze lepiej, gdy w jesienny poranek będzie on wykonany na bazie soku z marchewki. Smakuje takie cudeńko rewelacyjnie.

IMG_0743Składniki (na około 1 litr):

  • szklanka soku z marchewki
  • 7 dojrzałych kiwi
  • 8 dojrzałych bananów

Sok z marchewki, kiwi i banany wkładam do blendera. Miksuję. Wypijam.

Jo Nesbo : Łowcy głów

headhuntersJo Nesbø: Łowcy głów, tłumaczenie: Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Dolnośląskie 2011.

Roger Brown, 168 cm, bujna czupryna, wspaniała żona, niezły dom i auto, fajna praca, którą lubi i która daje mu dochody. Roger przyciąga do siebie ludzi. Każdy chce być jego znajomym. Ale w końcu Brown to łowca głów. Umie pozyskiwać ludzi. Umie otaczać się ludźmi. Jako headhunter wynajduje kandydatów na najwyższe stanowiska, ale jednocześnie zbiera potrzebne mu informacje o dziełach sztuki. Tak, Roger interesuje się sztuką i to nie dlatego, że jego żona prowadzi galerię (niestety dla Rogera nierentowną), ale dlatego, że po godzinach zajmuje się kradzieżą i paserstwem. Roger Brown z domów bogaczy wynosi cenne obrazy i inne artefakty, po czym upłynnia je i tak ratuje swój budżet. Brown kradnie, bo tak naprawdę Browna nie stać na dom, w którym mieszka, auto, którym jeździ, drogie prezenty, którymi obsypuje żonę, ani na… nierentowną galerię. Przedsiębiorczemu Rogerowi pomaga Ove Kjikerud, szef firmy ochroniarskiej, która nomen omen strzeże domów bogaczy. Toteż interes się kręci: dom, praca, piękna żona. Do czasu. Pewnego pięknego dnia Roger poznaje Clasa Greve, idealnego kandydata na stanowisko dyrektora wielkiej korporacji. Podczas wywiadu okazuje się, że Grave jest właścicielem obrazu Rubensa, który sprawiłby, że wszystkie te finansowe kłopoty odeszłyby na zawsze w niepamięć. Brown musi go zdobyć. Czy mu się to uda? Co jest tu prawdą, a co kłamstwem? Kto manipuluje, a kto jest manipulowany?

Książka jest szalona, zaskakująca, napisana po nesbøwskiemu, z ironicznym humorem, kto łowi, a kto jest łowiony? Tak więc, jak to u Nesbø, świetne portrety psychologiczne, zatrzymanie się nad tym kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Bez zbędnego patosu.

***

Książka zdecydowanie lepsza od ekranizacji Mortena Tylduma, choć i ona jest niezła. Tak więc polecam obie lektury.

Marcin Ciszewski: Wiatr

wiatrMarcin Ciszewski: Wiatr, Literanova, 2014

Jest sylwestrową noc, którą nadkomisarz Jakub Tyszkiewicz chce spędzić z żoną Heleną i przyjacielem Stanisławem Krzeptowskim w Zakopanem na górnej stacji Kasprowego Wierchu. Impreza zapowiada się znakomicie. Góry, śnieg -sięgając po frazę Jerzego Pilcha: powiedzieć, że klimat idealny na pożegnanie starego i przywitanie nowego roku, to nic nie powiedzieć. Wraz z policjantami z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym, dodajmy byłymi wojskowymi – z rodzaju sił specjalnych – i Heleną światowej sławy malarką, na balangę wybiera się grupa wpływowych bogatych Warszawiaków. Niestety pogoda nie sprzyja imprezowiczom. Halny szaleje. Na szczęście koneksje rodzinne Staszka, który jest z krwi i kości  góralem, działają.  Koniec końców cepry w bujającej przez wiatr gondoli wjeżdżają na szczyt. Szampański nastrój z każdym silnym uderzeniem powoli mija. A  co spotka towarzystwo na górze? Czy to początek odjazdowej hipsterskiej zabawy?

Atmosfera z minuty na minutę gęstnieje. Odcięty zostaje prąd. Jedna z kobiet w niewyjaśnionych okolicznościach doznaje poważnego urazu głowy. Wśród gości znajduje się na szczęście lekarz, który orzeka o poważnym stanie dziewczyny i zaleca jak najszybsze odtransportowanie rannej do szpitala. Innymi słowy, autor gotuje czytelnikowi szybką jazdę na nartach z Kasprowego bez trzymanki w środku sylwestrowej nocy. Ale to nie wszystko, bo całą zabawę ulepszają tajne służby, wywiad, agenci, zdrajcy, dziwnie zachowujący się goście, super wynalazek technologiczny objęty klauzulą tajne przez poufne i na deser polityka. A wszystko tej jednej nocy…  Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, nic nie jest proste.

Fabuła świetna. Brakuje mi tylko lepiej zbudowanych postaci. Choć zadatki są naprawdę niezłe.